Raczicka #1

Kategorie: archiwalne. Data: 24 wrz 2010 | Komentarze (0)

Kategorie: archiwalne. Data: 24 wrz 2010 | Komentarze (0)
Pracowałem ostatnio jako jedyna kobieta-kierowca w Moskiewskim metrze. Jakoś nie podobało mi się specjalnie. Wróciłem zatem do pisania bloga. Znów robię to w czym posysam najskuteczniej! Może kiedyś blogowanie znów stanie się trendy. (Wątpię)
Tu link do archiwum. Smacznego.
Kategorie: literki. Data: 13 wrz 2010 | Komentarze (3)
Z okazji weekendu mam prezent. Dla każdego chętnego mam… pudełko do spuszczania. Otrzymałem go od Przyjaciela, a teraz dzielę się nim z Tobą.

Dropbox to czarodziejska aplikacja służąca do synchronizacji plików pomiędzy komputerami online. Wkładasz swoje pliki do magicznego folderu na swoim komputerze, a są one natychmiast udostępnione na każdym następnym z komputerów, na którym zainstalowany został Dropbox.
Do pudełka można się spuszczać z Windowa, Maca i Linuxa. Ponieważ kopie plików są przechowywane na serwerach Dropboxa, można uzyskać do nich dostęp z dowolnego komputera lub urządzenia przenośnego wchodząc na stronę www.
Jeśli Cię nie przekonałem, to kliknij i sprawdź na własne oczy: getDropbox!
Kategorie: archiwalne. Data: 21 mar 2010 | Komentarze (0)
Wykopano ostatnio cholernie ciekawą aplikację. Wykorzystując możliwości HTML5 daje ona każdemu chętnemu dar rysowania. Chcesz mieć dar rysownikowania? Kliknij! Ja kliknąłem i mam.

Zanim dostałem dar umiałem tylko tak:

Dlatego kliknij i Ty… Chyba, że nie chcesz umieć tak:

Dobrze, że ja tak nie umiem.
Kategorie: archiwalne. Data: 13 mar 2010 | Komentarze (0)
Zostałem ostatnio poproszony o trzy rzeczy:
Dlatego zaognię trzy pieczenie przy jednej opiece, publikując długi(uwaga tu jest bardzo dużo liter do czytania) fragment książki o kupie(uwaga, tu jest dużo bardzo kału). Mianowicie… odpowiem na pytanie:
Kiedyś nie nosiłem. Zostawiałem ją tam, gdzie była taka potrzeba. Nie miałem najmniejszego problemu Do czasu… coś się popsuło… coś we mnie pękło… Przez Nią. To niesamowite jak jedno przypadkowe zwrócenie uwagi może namieszać w części mózgu odpowiedzialnej za defekację. Moją ulubioną część mojego ulubionego organu.

W moim departamencie, a konkretnie w Dziale Ortopunkcji zatrudniono nową. Dzielę z nimi piętro, więc szybko dotarły do mnie o Niej plotki. Szału nie było. Nowa jak to nowa… Na potrzeby wpisu oszukam Cię, że Dominika miała na imię Anna Maria. Anna Maria subtelnie lecz zdecydowanie zwróciła moją uwagę już pierwszego dnia, w kolejce do WC:

- Przepraszam Pana, chciałabym zdecydowanie, lecz subtelnie zwrócić Pana uwagę… - powiedziała cichym głosem wtedy jeszcze nieznana mi nieznajoma. Niska, zgrabna, zaokularowiona. Fajna. Miała takie długie, czarne, falujące na wietrze, kręcone zęby. Raczej atrakcyjna.
- Taaak?…a na co? - uśmiechnąłem się przerywając Jej dość brutalnie dorzucając do tego spojrzenie z góry. Mogłem sobie pozwolić na takie nonszalancko-zawadiackie riposto-pytanie z trzech powodów:
- Na to, że Pan tu nie stał! – dokończyła gniotąc moje stanowisko i redukując mój i tak już nikczemny wzrost o połowę jednym karcącym spojrzeniem. Zabolało jak diabli.
- Cholera - pomyślałem totalnie zdruzgotany. Miała rację, bo ja rzeczywiście tam nie stałem. Ja tylko trzymałem kolejkę za Szczepana, który musiał skoczyć do Wydziału Wyjątków, po kilka kreskowanych “ó”. Przeprosiłem Ją z tak kretyńskim uśmiechem na jaki tylko mnie było stać i przepuściłem Ją do toalety. Krótko po tym Szczepek wrócił z workiem samogłosek, ratując mnie od konfrontacji z Anną Marią, która już za chwilę miała wyjść z wucetu, ganiąc mnie palącym wzrokiem po raz drugi. Złapałem jedno “Ó”, którym poczęstował mnie Szczepek w zamian za przytrzymanie mu miejsca i uciekłem do mojego gabinetu. Zwiałem do mojego dającego schronienie skórzanego fotela… do mojego pięknego, krytykoodpornego biurka. Okopałem się tam i w cicho szlochając doczekałem końca dniówki. Byłem bezpieczny.
To dość przerażające, jak rozbraja takie besztanko tuż obok WC. Miała czelność zbesztać króla tuż tuż jego tronu. Zniszczyła mnie tam. Nie ładnie. Nie ładnie.
Jednym z etapów procesu nowozatrudnienia w Fabryce Dwudziestozgłoskowców jest szablonowa acz szalenie przyjemna rozmowa z Samodzielnym Koordynatorem Przestrzeni Miedzysylabowych – czyli ze mną. Do swoich obowiązków podchodzę z dystansem. Mam przygotowane ankietę, długopisy i kilka rasistowskich dowcipów. Jestem w tym niezły. Nie do zniszczenia. Ale nie tym razem.
Wstałem. W oczach wchodzącej do mojego pokoju Anny Marii widziałem trwający sekundę ekspresyjny slajdszoł płynnie następujących po sobie miksów: strachu z niepewnością, zaskoczenia z odprężeniem i pogardy ze szczerym zniesmaczeniem. Pamiętała mnie. Cholernie pewna siebie usiadła nieproszona. I dobrze, bo i tak zaciśnięte z przejęcia gardło jeszcze przez kilka chwil nie pozwoliłoby mi nabrać powietrza do płuc. A o mówieniu to dopiero nie było mowy.
Dopiero po chwili mogłem połknąć kilka cennych wdechów. Chłodne powietrze wywołało dreszcz w płucach, przywróciło akcje serca, krew pomogła tlenowi trafić do mózgu. Oprzytomniałem. Zorientowałem się, że ciągle jeszcze stoję, a Anna Maria bez mojej zachęty wypełnia ankietę osobową ignorując mnie zupełnie. Pomyślałem, że powinienem usiąść. Zacząłem siadać. Powoli obniżałem pułap dolnej części mnie. Obserwując prawie zupełnie wypełnioną ankietę, siadałem po cichutku, żeby Jej nie rozpraszać , żeby broń Boże nie podniosła wzroku. Kiedy składała podpis wieńczący kwestionariusz mój tyłek wolno zetknął się ze skórą fotela wydając poprzez to nieśpieszne pocieranie odgłos tak doskonale imitujący pierdnięcie bardzo starego starucha, że oboje w tym samym momencie ledwo powstrzymaliśmy odruch wymiotny.
Niestety tylko ja wiedziałem, że ten drący powietrze dźwięk to tylko przygodny seks skóry fotela z moimi plecami, a nie potężna erupcja śmiercionośnych gazów jelitowych. Nie zdążyłem podzielić się tą wiedzą z Anna Marią. Uciekła zatykając ręką usta i nos. Drzwi trzasnęły za Nią, popychając powietrzem ankietę na moje kolana. Była wypełniona kompletnie, a ja kompletnie zabity.
Słyszałem, że niektórzy mają problemy z korzystaniem toalety w pracy. To obce mi zboczenie wynika ze specyficznej deformacji mózgu, kiedy zanika bruzda dzieląca fałdę defekacyjną od fałdy wstydu. Moja powierzchnia mózgowinowa jest całkowicie gładka, dlatego też mogę robić co tylko zapragnę gdzie tylko zapragnę. Bez najmniejszego cienia skrępowania.
No… Przynajmniej wcześniej mogłem. Przez Annę Marię robienie kupy stało się teraz trochę problematyczne. Najpierw to bezczelne zwrócenia mi uwagi w kolejce do sraczyka, potem ta niesprawiedliwa scena na moim fotelu… no trochę się porobiło… bo, jeśli facet nie może iść postawić klocka, tak jakby była to najprostsza i najzwyczajniejsza rzecz na świecie, to jak może normalnie egzystować? Jak można dawać z siebie wszystko ku chwale Fabryki, kiedy zakłócone zostały te najbardziej prymitywne procesy? Nie można. Nie mogłem przejść korytarzem bez lęku, że Ją spotkam. Nie mogłem. Nie mogłem przestać myśleć, że prędzej czy później będę musiał tam zajść.
Najbardziej natarczywą zapowiedzią nadchodzącej paranoi był ten smród… Ciągle czułem zapach ludzkiej… kupy. Wszędzie. Przyznam, że zdaję sobie sprawę, jak obleśne i niesmaczne jest mówienie o tym, ale Ty musisz zrozumieć jaką męczarnią były posiłki w pracy. Czego bym sobie w domu nie zapakował w celofanik w celu porannej konsumpcji w pracy… pachniało kupskiem. Smacznego.
Już sam nie wiem co było gorsze, strach przed spotkaniem Jej pełnego obrzydzenia wzroku czy ten smród. Niewyobrażalny, dławiący smród. Niestety spacery korytarzem były nieuniknione. Korytarz wstydu. I ten smród. Wszędzie. Koło sraczyka nawet intensywniejszy, bo ten wirtualny mieszał się z tym prawdziwym – wydobywającym się spod wiecznie niedomkniętych drzwi toalety. Cholerny zamek w cholernych drzwiach, które zdawały się ukrywać ludzkie zwłoki. Bo tak śmierdziało! Nie, to niedostateczny opis tego zapachu. Hmm… Ludzkie zwłoki, które w swoim końcowym stadium gnilnym były jeszcze na tyle miłe, żeby skorzystać z WC, podetrzeć podsuszone pośladki zbutwiałą dłonią i umrzeć powtórnie. Całe to arcydzieło zdawało się czekać na mnie, żeby mnie poczęstować tym osobliwym odorem. Do dziś zamek w tych drzwiach jest zepsuty. Nie zamkną się, jeśli się nimi porządnie nie trzaśnie.
Idę więc korytarzem wstydu, aby domknąć te pieprzone drzwi, bo smród ogrania już cały korytarz i dociera też do mojego gabinetu. Idę wolno, bo moja swoboda spacerowania do tego miejsca już prawie zupełnie umarła, ale nie za wolno, bo wdech względnie świeżego powietrza, który wziąłem w gabinecie jest na wykończeniu. Kiedy zapas tlenu kończył się dławiąc mi płuca byłem już prawie przy klamce do piekła, więc przyśpieszyłem. Trzasnąłem drzwiami, obróciłem się i kiedy miałem wykonać sprint po nieskażony O2 znikąd pojawiła się Anna Maria i chwyciła za klamkę. Nie pamiętam dokładnie co było dalej, ale chyba na Nią kaszlnąłem resztką zużytego powietrza z płuc i pobiegłem. Spanikowałem. Słyszałem Jej spojrzenie jeszcze przez kilka godzin, po tym jak zamknęła drzwi za sobą.
W czwartek rano chciałem wziąć urlop na żądanie, ale zapomniałem telefonu. Został w pracy, przez ten stres. Nie było innego wyjścia musiałem zachować się jak mężczyzna: Wstałem dwie godziny wcześniej, żeby podjechać po komórkę, zakraść się do gabinetu, uciec i wykonać ratujący męską dumę telefon z kryjówki w krzakach.
O tej godzinie w Fabryce zastać można tylko ogromnego stróża Michałka. Nocnych sprzątaczek, które przywożone są zakładowym busem z jakiejś hodowli z wsi obok, już być nie powinno. Idealna godzina.
Plan był doskonały. Szybka akcja, bez stresu, bez problemów, bez paranoi. No właśnie… plan…. Babcia mówi: Człowiek myśli Pan Bóg kryśli. No i pokreślił. Pokreślił, poplamił, pogubił mi strony – obrócił mój plan w perzynę. Kiedy podjechałem pod Fabrykę, to sprzątaczki jeszcze się krzątały, choć już dawno powinno ich tam nie być. Musiałem czaić się w samochodzie przez godzinę zanim zapędzono je do busa. Odjechały. Tyle to trwało, że zaraz zaczną się zjeżdżać pracownicy, a ja nie mam czasu. Ile można się kryć na parkingu? Od takiej czajówy robię się spięty, a takie spinanie się prowadzi do… cholera! Zachciało mi się… Cholera! Nie teraz! Nie mam czasu! Bus zniknął za zakrętem, więc jak najszybciej wyskoczyłem z auta. Nie było czasu do stracenia, więc biegiem na piętro, po schodach mijając Michałka, który schodził zapinając pasek. Szybko obok tego przeklętego kibelka. Szybko do gabinetu. Jest telefon! Leżał na biurku. Do kieszeni, bo zaraz wszyscy zaczną zajmować swoje boksy. Szybko z powrotem. Korytarzem. Obok kibelka. Boże, jak mi się strasznie chce kupę… to od tego stresu… Ale nie mam czasu. Biegnij! Cholera! Muszę! Dobra, wchodzę…
Otworzyłem drzwi. Wskoczyłem do środka. Zamknąłem. Podnoszę deskę.
- O, Boże! MICHAŁEK! Ty spasiony gnoju! Nie spuściłeś wody! – Krzyczałem w myślach, bo nie miałem odwagi nabrać powietrza znad tego sterowca, żeby krzyknąć na głos.
Ten widok przyprawił mnie o dreszcze. Odskoczyłem. Wypadłem przez drzwi z tak potężnym obrzydzeniem na twarzy, że Anna Maria, na którą wpadłem na drzwami jakoś tak automatycznie skrzywiła się w podobny sposób. A może to mój widok tak na Nią działał? Nie dowiedziałem się, bo weszła. Biedna. Nie! Biedny ja! Uciekłem.
- O, rzecz kuuur… czątko… – Myślałem biegnąc po schodach.
Wybiegając pozdrowiłem Michałka najdłuższym palcem, który niecierpliwie czekał na mnie z tak potężnym uśmiechem, że gdyby nie uszy, to uśmiechnąłby się dookoła głowy. Zboczony śmierdzący kretyn. Odjechałem z piskiem opon.
Zadzwoniłem do Działu Kadr i Innych Pierdół spod łóżka – tylko tam byłem wstanie opanować dreszcze i mówić. Nie musiałem kłamać, że czuję się źle. Brzmiałem, jakbym dzwonił z informacją o własnym zgonie. Napis na grobowcu głośno milczy:
Śmierdziel ten umarł upodlony takim wstydem, że ho ho.Rozmowy z kadrami nie pamiętam dokładnie, ale chyba po wyrażeniu kondolencji powiedzieli, że:
- …to jakaś epidemia, bo nową pracownicę Działu Ortopunkcji też coś trafiło i musiała wziąc wolne. Skaranie boskie.
Uspokoił mnie dopiero wieczorny deser “na ostro” składający się z kefirowego musu z dojrzałych gruszek w przybraniu fasolowo-cebulowym. Zagryzając to cacuszko porem i szparagami, wysłałem smsa do Szczepana:
“Co tam w pracy? Co się przytrafiło Nowej? W kadrach nic mi nie chcieli powiedzieć.”
Szczepan odpisał:
“W pracy luz. A u nowej jakieś stany lękowe czy inna zapaść… nie wiadomo… wiesz jak cisną nowych w Dziale Ortopunkcji, a w dodatku jest szczyt sezonu ortograficznego, nie wytrzymała. Biedna, dostała tydzień chorobowego. A Ty? Wszystko OK? “
Nie odpisałem. Musiałem dokończyć danie i popić drinkiem maślankowym mojego pomysłu. Cały wieczór spędziłem rozmyślając o tym, co Ona zrobiła z moją męskością, a konkretnie z moją męską fizjologią. Zepsuła mnie. Czy będę kiedyś w stanie normalnie oddać kał?
Dotychczas przechadzając się korytarzem byłem dumnym i pewnym siebie Panem Koordynatorem. Każdy witający się ze mną wydawał się mówić:
- O, TAAAK! Właśnie tak powinien wyglądać pewny siebie facet udający się do miejsca, gdzie i król chadza piechotą. To jest gość, który jest dumny z tego, że idzie do sraczyka. To jest gość! On nie ma kompleksów.
Tak było wcześniej. Przez Nią moją pewność siebie przy porannym rytuale defekacji szlag trafił. Przez Nią. Zakłóciła sprawdzony schemat mojego poranka w pracy:
Tak. W piątek pojechałem, bo Nowa leżała w domu po masakrycznym spotkaniu z podłużnym plackiem Michałka.
Tego dnia nawet poranna woda, choć pijam tylko niegazowaną, wydawała się smakować jak gazowana. Ale nie tak zwyczajnie gazowana… tylko… tak podstępnie gazowana, że bez wiedzy pijącego nasyca jego układ trawienny wybuchliwym CO2, który w niewiadomej chwili niewiadomym otworem daje gwałtownie o sobie znać. To przez Nią boję się pić wodę.
To wyłącznie Jej wina, że poranne śniadanie straciło smak, a kisiel bez smaku to klęska gastronomiczna.
To tylko i wyłącznie Jej wina, że poranny przegląd prasy był nerwowym przerywnikiem miedzy wątpliwej przyjemności śniadaniowym glutem a nieuniknionym spacerem korytarzem wstydu.
Zegar wybił godzinę kupnastą, co oznaczało, że to czas na poranny spacer do kibelka. Tym razem otwarcie drzwi oraz każdy kolejny krok były przeżyciem pełnym terroru. Cichutko ale zdecydowanie… Do kibelka… póki korytarz jest bezpiecznie wyludniony. Jeszcze tylko jeden krok i będę w środku… Nagle jakiś odgłos… Kroki! Ale byłem ma tyle blisko, że zdążyłem wskoczyć do środka i zamknąć drzwi zanim ktokolwiek mógł mnie zobaczyć.
Byłem absolutnie niezagrożony, byłem w środku. Mogłem porzucić moje korytarzowe zaczajeństwo. Nieśpiesznie spuściłem spodnie, bez pośpiechu spuściłem ciśnienie, majestatycznie spuściłem wodę, a na koniec – tak, jak Jedyna mnie uczyła – spuściłem klapę. Cała procedura trwała znacznie dłużej, ale odtwarzanie szczegółów wydaje się być w tej chwili bezzasadne. Daję słowo jednak, że musiało to tyle trwać, bo:
Poród ten był nie tylko męczący i czasochłonny, ale i owocny, ponieważ zakończona pluskiem ciąża mnoga pokazała, że jestem w stanie urodzić najbardziej cuchnące czekoladopodobne dziecko we wszechświecie. Tak też mój triumf nie trwał długo – trzeba było się ewakuować ze skażonego terenu. Umyłem więc ręce i wytarłszy je radośnie wyskoczyłem na zewnątrz z głośnym okrzykiem:
- HAAA! Urooodziłeeem poootwoooraaa!
Wyskakując niczym sarenka z kibelka z triumfalnym okrzykiem na ustach wpadłem… niech mnie kule biją… na Annę Marię, która po raz trzeci zabiła mnie wzrokiem. Nie wiem co tam robiła. Nie wiem czego szukała. Mało Jej było? Przyszła i mnie zabiła wzrokiem. To była szybka egzekucja, bo, jak później zrozumiałem cholernie śpieszyło Jej się do środka, a ja trochę się tam zasiedziałem. To Ona chcąc skorzystać klamkowała i pukała od czterdziestu minut…
Drzwi od WC trzasnęły za mną, zacząłem biec co sił w moich chwiejnych nogach do gabinetu. Byłem już prawie przy drzwiach z moim nazwiskiem, kiedy usłyszałem głos mrożący krew w żyłach:
- O!!! KUUUUUUURRRRRRRW…
Nie poszedłem tego dnia do domu. Zostałem w gabinecie leżąc na podłodze w pozycji embrionalnej i ssąc kciuk.
Dlatego właśnie noszę kupę do domu.
Jeśli dotarłeś do końca, oznacza, to że:
Każda kropka zasługuje na całusa. :*
Kategorie: archiwalne. Data: 1 sty 2010 | Komentarze (0)
Kategorie: archiwalne. Data: 23 gru 2009 | Komentarze (0)

Dostaję od nich zyliard listów tygodniowo. Prawie nigdy nie odpisuję. Ale jeśli bym to robił, to na co drugi list odpowiedź brzmiałaby:
“Witaj. To miłe co piszesz. Ale… Nie. Nie mogę tego zrobić. Przykro mi, ale to jest niesmaczne, nieeleganckie, nieetyczne, nielegalne i co najważniejsze kuszące nieopłacalne. Dziękuję za zdjęcia. Skasowałem po oglądnięciu. Pozdrawiam Ciebie i całą Twoją klasę. “
Na kolejne 45% musiałbym odpisywać:
“Tak, wiem. To co Pan nazwał tak… pejoratywnie… ja nazywam efektem niekompatybilnego humoru. Dziękuję za list i zdjęcia. Skasowałem przed oglądnięciem. Też Pana całuję. Niekoniecznie tam.”
W zeszłym tygodniu dostałem coś innego. Paczkę, a w niej list i butelkę Jacka Danielsa. Tak, to była łapówka. Skuteczna zresztą. Doskonale zmotywowała mnie do spełnienia prośby zawartej w liście. Zostałem poproszony o opowiedzenie czegoś o sobie. Czegoś bardzo osobistego. Zabieram się do dzieła, póki łapówka działa.
Jestem istotą stadną. Potrzebuję ludzi, bo sarkazm dziwnie działa, gdy się go aplikuje samemu sobie. Potrzebuję ludzi, żeby mnie nie rozumieli.

Co robię, kiedy w pobliżu nie ma nikogo, kto by mnie nie słuchał? Kiedyś startowałem TV – dziś zapodaję seriale online. Przyjaciele 2D nigdy nie zawodzą i zawsze mają czas. Nie pyskują i nie pachną źle.
Mówią wyżsi ode mnie, że miłości się nie stopniuje. Przyjaźni chyba też nie. Dlatego odpowiadając na list mojego trzeciego największego fana opowiem o moich przyjaciołach, jako równoważnych sobie. Co jest gówno-prawdą, bo zawsze jest ktoś, kogo uprzyjacielawia się najbardziej lub ktoś kogo się przykochuje najmocniej.
Ja uwielbiam LOST, ale nie mów o tym innym moim najlepszym przyjaciołom.
Najbardziej pokręcony z moich przyjaciół. Znamy się od już od paru lat, ale każde nasze spotkanie mnie zaskakuje. Jestem absolutnie nim zauroczony, bo nie jestem w stanie go ogarnąć i przewidzieć jego kolejnego ruchu. Z nim pewnie jest tylko jedno: po zakończeniu odcinka nic nie będzie pewne.

Nic. Ani fabuła, ani chronologia ani śmierć ani nawet podatki. Nic. Koncepcja totalnych zwrotów akcji, na której opiera się serial znacznie wykracza poza moje umiejętności postrzegania i przewidywania, a jestem przecież najinteligentniejszą osobą, jaką znasz. Właśnie. Jakie mam szansę na trafne przewidzenie dalszego ciągu, jeśli pozytywny bohater pod koniec odcinka okazuje się negatywnym, a trup okazuję się mordercą. Lost to najlepszy serial w ogóle.
Moi przyjaciele są przewrotni i nieprzewidywalni. Morderca – pozytywnym bohaterem? Pysznie. Przedstawiam Ci Dextera.
Dexter jest policyjnym analitykiem ze specjalizacją w badaniu rozbryzgów krwi na miejscu zbrodni. Właściwie to jego specjalnością są same zbrodnie. Bez rozbryzgów.

Dexter przedstawiany jest jako pierdołowaty papuć – ktoś na kształt Rysia z Klanu, ale przyprawiony charakterem. Nie boi się też zarazków jak Rysiu. Ani żony. Dexter niczego się nie boi, bo tak naprawdę nie jest taksówkarzem… ba! on nawet nie jest człowiekiem. Dex jest bestią – zimnokrwistym seryjnym mordercą. Dexter to najlepszy serial w ogóle.
Kategorie: archiwalne. Data: 14 gru 2009 | Komentarze (0)
Wybieramy wciśniętą między dwie kamienic małą restauracyjkę z ogródkiem. Przeglądamy menu. Głośno zastanawiamy się nad potrawą z warzyw. Kobieta paląca papierosa przy stoliku obok wtrąca, że o tej godzinie trzeba długo czekać na warzywa. Odpowiadam jej, że warzywa są passé. Ona na to, że poprawnie pod względem gramatycznym powinienem był powiedzieć “warzywa jest paté“. Wychodzimy.

To nie koniec. Czytaj dalej… »
Kategorie: archiwalne. Data: 23 lis 2009 | Komentarze (0)

Najlepszy spośród żyjących poetów śpiewa, że trzeba być głupim, by móc stać się mądrzejszym. Z tymi potężnymi podwalinami przyznaję, że trochę byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci, piekła i grobu.
Tropikalna nawet. Próbuję nakarmić drapieżny kwiat zwłokami węża. Zabiłem parasolem padalca. Podrzucam ciało gada obok rośliny, która próbowała mnie wcześniej zjeść. Kwiat pochyla się nad beznogim trupem, obwąchuje, nieśpiesznie otwiera paszczę, chwyta papu końcami siekaczy jakby bał się poparzenia, kretyn… Połyka jednym haustem.
Goni mnie. Uciekam przez całą wyspę. Chowam się w zaroślach. Łatwo mnie tam znajduje. Wije się nade mną kolorowymi pnączami. Największe i najgrubsze zawisa nad moją głową i zakwita majestatycznym kwiatem. Żałuję, że poczęstowałem go wężem. Cholera. Nie mam dokąd uciec. Kwiat zaczyna drżeć. Kurczy się. Relaksuje. Wszystkie pnącza kierują kwiaty w moją stronę.
Zupełnie mi nie szkodzi. Cieszę się, że jestem odporny. Badylowi jest głupio. Kwiaty przekwitają. Największy też. Pokryty pyłkiem czekam aż umrze. Nie umiera. Największy kwiat zakwita ponownie. Jest jeszcze większy! Zapala się jak latarnia uliczna, a światłem aktywuje pyłek…
Kategorie: archiwalne. Data: 17 lis 2009 | Komentarze (0)

Już pewnie nie pamiętasz swojego pierwszego proroczego snu… Ale to nic nie szkodzi, bo ja wszystkie Twoje sny zapisuję w zeszycie w szerokie linie. Na czerwono podkreślam te, o których masz zamiar zapomnieć. Wiem, że uważasz to za złośliwość. Nie zaprzeczę, bo nie mam ochoty.
Mam natomiast ochotę przypomnieć Ci ten podkreślony najczerwieńszo. Pamiętam, że opowiadałaś mi go przy obiedzie dnia następnego po obudzeniu. Na drugie danie były karminadle, a Ty mówiłaś, że byłaś z Nią na balkonie.
Odłożyłem łyżeczkę, sięgnąłem po zeszyt i zacząłem notować.
To nie koniec. Czytaj dalej… »
Kategorie: archiwalne. Data: 4 lis 2009 | Komentarze (0)